niedziela, marca 10, 2013

Mleko migdałowe, smaczne i zdrowe



Mleko migdałowe jest skarbnicą wapnia. Zawiera około 400 mg wapnia na 100 g mleka, kiedy mleko krowie ma jedynie od 90 mg do 120 mg. Migdały zwierają w sobie również bogactwo witamin w tym B, E, wapń, potas, selen jak również żelazo. Mleko migdałowe jest świetnym napojem dla dzieci zamiast mleka krowiego, nadaje się doskonale do kawy, kakao lub budyniu. Jest delikatne w smaku, lekko marcepanowe. Po zrobieniu mleka pozostaje pulpa migdałowa, którą można dodać do ciasteczek czy owsianki lub przerobić na serek, mieszając z jogurtem naturalnym.
Przepis Olgi Smile.

Mleko migdałowe

1 szklanka migdałów
3 szklanki wody
trochę miodu do smaku
gaza

Migdały zalać wrzątkiem, odczekać parę minut i obrać. Zalać 3 szklankami wody i odstawić na noc. Następnego dnia zblendować, po czym przecedzić przez gazę. Mleko doprawić do smaku miodem lub cukrem.
Gotowe!

wtorek, lutego 05, 2013

Sezamki homemade


Ech, znów Was zaniedbuję:/ Zaczęłam trochę pracować, mała rośnie i też jest bardziej absorbująca. Już sobie nie popiszę w ciągu dnia:) Na stanie przy kuchni też nie ma czasu, obiady przejął już praktycznie mój mąż. Słodkie przekąski teraz też muszą być szybkie. Ten przepis bardzo mi odpowiada. Sezam i cukier zawsze mam w domu, czasem dla odmiany dosypię orzeszków lub kokosa, i już robi się ciekawie:) Polecam! Przepis z Moich Wypieków.

Sezamki z orzechami

210 g cukru
180 g sezamu
20 g orzeszków ziemnych
2 łyżki wody
1 łyżka miodu (płynnego)

Wysypać sezam na suchą patelnię i podprażyć (mieszając często), aż zrobi się złoty, odstawić. Orzeszki posiekać. Do rondelka wsypać cukier, dodać 2 łyżki wody i poczekać, aż się skarmelizuje (będzie złoty i płynny). Do karmelu dodać miód i wymieszać łyżką. Następnie wrzucić ostudzony wcześniej sezam i mieszać, aż się wszystko połączy.
Teraz pracować dość szybko: na arkusz papieru do pieczenia wylać masę sezamową, przykryć drugim papierem i rozwałkować na grubość 1 cm (masa będzie tężała z każdą chwilą). Jak masa trochę przestygnie, natychmiast odkleić od pergaminu (potem mogą być trudności). Pokroić dowolnie, pozostawić do całkowitego ostudzenia.

piątek, grudnia 21, 2012

Ciasteczka imbirowe last minute


Czy u Was w domu rozchodzi się już aromat pieczonych pierniczków, a słoiki wypełniają się pięknie lukrowanymi gwiazdkami, choinkami i aniołkami? Cóż, u mnie nie. Jakoś nie mam nigdy dość samozaparcia, by bawić się w wykrawanie i ozdabianie pierniczków. Nie jestem też wielką fanką ich smaku, choć lubię zimą wszystko co pachnie "piernikowo". Ten przepis to było dla mnie odkrycie roku. Cudowne ciasteczka imbirowe. Pięknie pachnące, aromatyczne, słodko - ostre, rozgrzewające. Trochę kruche, trochę ciągnące. Oczywiście bez wycinania i lukrowania. Goszczą u mnie całą zimę, a na dobre zadomawiają się w święta, kiedy obdarowuję nimi wszystkich w zasięgu wzroku:) Pieczenie zajmuje mi chwilę, a radość w oczach obdarowanych trwa i trwa...;)

Ciasteczka imbirowe
ok. 50 sztuk

170g masła
2/3 szklanki cukru
1/2 szklanki cukru brązowego
1 duże jajo
2 szklanki mąki
2 łyżki imbiru w proszku
2 łyżki posiekanego imbiru kandyzowanego (mój dodatek)
1 łyżeczka cynamonu
1/4 łyżeczka goździków mielonych
szczypta soli
1 łyżeczka sody oczyszczonej
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii

cukier brązowy do obtaczania

Masło utrzeć z cukrami, dodać jajko, ponownie utrzeć. Dodać resztę składników, utrzeć. Formować kulki wielkości orzecha włoskiego (jeśli ciasto jest za luźne, wstawić na kwadrans do lodówki), obtaczać w cukrze i układać na blasze, lekko spłaszczając. Piec 12-15 minut w 175 st. I gotowe!

niedziela, grudnia 09, 2012

Na prezent - smarowidło czekoladowo-fistaszkowe



Jak pięknie na dworze! Wszystkie odcienie bieli i  szarości! Łaskawy Stwórca sprawił, że śnieg jest biały, dzięki czemu mimo że jest pochmurno, to jakoś tak jasno, nawet w nocy:)
Byle do świąt, potem już z górki:)
Wciąż rozszerzam repertuar słoiczkowych prezentów. Po domowym maśle orzechowym czas na to pyszne smarowidło orzechowo-czekoladowe. Przyznam że ten egzemplarz chleba nie widział. Został wyjedzony po trochu wprost ze słoiczka. A! I jeszcze z lodami waniliowymi:) Pychota!
Przepis z bloga Smitten Kitchen.

Smarowidło czekoladowo-fistaszkowe
1 średni słoik

2 filiżanki orzechów ziemnych, najlepiej prażonych niesolonych
1/2 filiżanki kakao
1 1/2 filiżanki cukru pudru
3 łyżki oleju arachidowego lub słonecznikowego

Orzechy miksować w blenderze ok. 5 minut, aż zmienią się w pastę a potem nieco się rozrzedzą. Dodać kakao, cukier puder i 2 łyżki oleju. Miksować 1 minutę. Jeśli konsystencja tego wymaga, dodać resztę oleju, ewentualnie doprawić solą.
Jeśli orzechy nie były prażone to należy je najpierw podprażyć w piecu ok. 10 minut, aż lekko ściemnieją.
Przechowywać w słoiczku w temp. pokojowej do 1 tygodnia.

P.S. Fajne tasiemki rozdaje Lawendowy Dom.

wtorek, października 30, 2012

Torcik Snickers z kremową górką


Torcik, który powstał z tego, co było w lodówce. Masło orzechowe, sos karmelowy, kremówka, czekolada. Zamarzył mi się torcik słodko-słony, przypominający baton Snickers. Czy wyszedł? We czwórkę zjedliśmy go całego na deser. A myślałam, że zostanie na drugi dzień do kawy:)

Torcik z górką a'la Snickers
na małą tortownicę

ciasto czekoladowe z tego przepisu
300 ml śmietanki kremówki
2 łyżki cukru pudru
1/2 szkl masła orzechowego
1 łyżka posiekanych orzechów arachidowych
3-4 łyżki sosu karmelowego
1 gorzka czekolada

Upiec ciasto czekoladowe, ostudzić, przekroić w szerz na 2 blaty. Zrobić polewę: 2 łyżki kremówki podgrzać, wrzucić połamaną czekoladę, po 2 minutach wymieszać do rozpuszczenia, odstawić. Połowę pozostałej kremówki ubić na półsztywno, wmieszać masło orzechowe. Blat ciasta położyć na paterze, posmarować masłem orzechowym i kremówką z masłem. Przykryć drugim blatem, posmarować polewą czekoladową. Tort włożyć do lodówki na parę godzin, a najlepiej na noc. Przed podaniem ubić drugą połowę kremówki z cukrem pudrem, wyłożyć na ciasto tworząc kopczyk. Polać sosem karmelowym, posypać orzeszkami.

sobota, października 27, 2012

Lime curd - krem limonkowy


Bardzo powoli oswajam się z myślą, że to już jesień, co de facto oznacza, że zaraz zima. Jesień byłaby piękna, gdyby nie ten drobny szczegół. Na szczęście zimę umila perspektywa Świąt. A po Świętach to już z górki:) Moja miłość do kulinarnych prezentów będzie miała niedługo ujście, więc już wypróbowuję nowe przepisy. Było masło orzechowe, sos karmelowy, teraz pora na angielski krem cytrynowy w wersji limonkowej. Gładki, trochę budyniowy, z wyczuwalnym posmakiem jajek. Słodko-kwaśny. Z tego przepisu można zrobić bliźniacze wersje z innych cytrusów. Można nim przełożyć bezy, posmarować kruche ciasteczka, dodać do ubitej kremówki, by zrobić cytrynowy krem do tortu. Lub zjeść z tostem na śniadanie:) Dobry na prezent. Przepis z dodatku do Gazety Wyborczej "Palce Lizać" - Słodkie Chwile.

Krem limonkowy
ok. 300 ml


1/2 szkl soku z limonki (4-5 sztuk)
100 g masła
1/2 szkl cukru
1 jajo
3 żółtka

W rondelku rozpuścić masło z sokiem z limonek. Energicznie mieszając trzepaczką, dodać cukier, jajo i żółtka. Nie przerywając mieszania, podgrzewać na małym ogniu 5-7 minut, aż krem zgęstnieje (po ostudzeniu będzie jeszcze gęstszy). Gorący przelać do czystego i suchego słoika. Zakręcić i postawić do góry dnem aż zakrętka zrobi się wklęsła.




niedziela, października 21, 2012

Płetwa rekina i syczuański pieprz

Nie zdarzyło mi się chyba jeszcze na tym blogu rozpisywać się o przeczytanej książce, ale powieść F. Dunlop pt. "Płetwa rekina i syczuański pieprz" tak przypadła mi do gustu, że poczułam przemożną chęć podzielić się z Wami wrażeniami. Książka wpadła mi w ręce przypadkiem, kiedy w bibliotece przeglądałam dział podróżniczy. Wzięłam ją dlatego, że po "Dzikich Łabędziach" Jung Chang mój apetyt na tematykę chińską został bardzo pobudzony.
Podtytuł "Słodko-kwaśny pamiętnik kulinarny z Chin" przygotował mnie na masówkę w stylu tych wszystkich podróżniczo-kulinarnych romansideł, które teraz wyrastają jak grzyby po deszczu. Pomyślałam, ze jak pierwszy rozdział mnie nie wciągnie, to nie będę tracić czasu. Wciągnął mnie. I to bardzo.
Książka odkrywa przed czytelnikiem kolejne obszary chińskiej kultury kulinarnej (tak trzeba nazwać tradycję sięgającą kilka tysiącleci wstecz), daje nam poznać nie tylko chińską kuchnię, ale i same Chiny, ludzi, kulturę, a nawet odrobinę literatury.
Fuchsia pojechała do Państwa Środka jako studentka na stypendium, ale szybko porzuciła pisanie nudnej pracy, jak i same studia, i dała się porwać chińskiemu smokowi. Jej pasja życiowa, gotowanie, tłamszona dotychczas i odsuwana na bok, wybuchła tu z całą siłą. Autorka opisuje swoje perypetie w Syczuańskiej Akademii Sztuki Kulinarnej, gdzie była nie tylko jedynym obcokrajowcem, ale i jedyną z trzech kobiet, swoje podróże po kolejnych zakątkach kraju w poszukiwaniu nowych smaków, jak i powolne zanikanie starych zwyczajów i miejsc podczas kolejnych swoich wizyt w tym kraju.
Chińczycy uważani są za ludzi, którzy zjedzą wszystko, co się rusza, i pisarka doświadczyła tego niejednokrotnie. Postanowiła jednak wyrzec się uprzedzeń i jeść wszystko, co tubylcy. Próbowała takich przysmaków jak węże, psy, wszystkie możliwe wnętrzności, królicze głowy, świńskie uszy, rybie oczy, kurze łapki, kacze języczki, jajniki krabów, a nawet ptasie gniazda. Nauczyła się pojmować doznanie kulinarne tak, jak Chińczycy, dla których liczy się nie tylko smak, ale także struktura sama w sobie. Potrafią godzinami marynować gotować, dusić i przypiekać na przykład trepanga (morskie żyjątko znane też jako ogórek morski), by uzyskać "żylasty, gumowaty, podobny do ślimaka surowiec całkowicie pozbawiony smaku". Jednak dla Chińczyka liczy się nie tylko smak, ale także "kougan" - "odczucie ust". Równocześnie zaś dla chińskiego podniebienia surowizna kojarzy się z barbarzyństwem, a nabiał jest dla nich tak samo odrażający, jak dla nas np. robaki.
Chiński sposób myślenia o jedzeniu, tak różny od naszego,jak również pradawna tradycja, a raczej sztuka kulinarna, powodują, że każdy rozdział tej książki wciąga coraz bardziej i fascynuje.
Chiński kucharz wyróżnia co najmniej piętnaście słów określających sposób krojenia. Czy dymka ma mieć kształt końskich uszu czy rybich oczu? Czy pokroić warzywa jak pałeczki do jedzenia czy domino? Każdy fragment potrawy musi być odpowiednio pokrojony, a kawałki muszą być identyczne, by równomiernie przysmażyły się w woku. Wszystko to zaś robi się jednym, piekielnie ostrym tasakiem. Autorka była tak zafascynowana jego możliwościami, że przez pewien czas nie rozstawała się ze swoim tasakiem, nosząc go cały czas w swojej torebce.
Kulinarna przygoda pani Dunlop przerodziła się w wielką miłość i pasję, którą wyczuwa się na każdej stronie książki, jak również zaowocowała nie tylko znawstwem tematu, ale prawdziwym jego zrozumieniem. Kończąc swą opowieść, wyjawia ona: "Nie byłam już zuchwałą angielską podróżniczką, która na obczyźnie stosuje się do dziwacznych zwyczajów autochtonów. Życie w Chinach dogłębnie zmieniło mnie i moje gusta. Moi angielscy przyjaciele mogą myśleć, że skoro wyglądam tak samo, to nadal jestem jedną z nich, ale w rzeczywistości przeszłam na drugą stronę". I tę drugą stronę wyczuwa się w każdym zdaniu powieści.

Fuchsia Dunlop, Płetwa rekina i syczuański pieprz. Słodko-kwaśny pamiętnik kulinarny z Chin, tłum. Joanna Hryniewska, Wydawnictwo Świat Książki, Warszawa 2011